Na początku nowego roku wszyscy gremialnie robią plany na kolejne 365 dni. Też je robisz?
Jeszcze w zeszłym roku zapisałam to, co chciałabym osiągnąć w najbliższych 12 miesiącach, ale w tym roku odpuściłam. Jednak zanim napiszę, dlaczego zerwałam z ogólnonarodową tradycją, którą sama kultywowałam przez dobre kilkanaście lat, napiszę, od czego się zaczęło.
Do robienia planów na kolejny rok zachęciła mnie, Przyjaciółka. Jej argumenty były racjonalne i zarazem metafizyczne, więc przystałam na to. Choć z perspektywy czasu widzę, że robiłam to trochę dla świętego spokoju, trochę dla zabawy, ale nigdy nie wynikało to z mojego wewnętrznego przeświadczenia, że to, co robię, ma głębszy sens. Zatem spisywałam w kajeciku, ujęte w punktach plany na następny rok. „Plany”, czyli zamierzenia do osiągnięcia. A żeby coś osiągnąć, trzeba przedsięwziąć w tym kierunku konkretne kroki, bo samo się nie zrobi. A wiadomo, że się „nie zrobi”, jeśli zapisze się tylko na kartce, którą włoży się do szuflady, by po raz drugi wziąć ją do ręki pod koniec grudnia.
Na początku roku łatwo robić plany, bo jesteśmy w trybie świątecznym, więc wyzwoleni z codziennego kieratu. Nieco bardziej wyluzowani, skłonni z większym optymizmem spoglądać w przyszłość. Patrząc na miniony rok, w którym nie wszystko się udało i część spraw nie poszła po naszej myśli, zazwyczaj nie jesteśmy z siebie zadowoleni. Z drugiej strony możemy odczuwać tzw. sportową złość, czyli jeszcze większą motywację. Jeśli w tym roku nie wyszło, to kolejnym wezmę się za siebie i na pewno się uda! I z takim mocnym postanowieniem, witamy nowe 365 dni.
Skoro w pierwszych dniach stycznia jesteśmy tak bardzo zmotywowani do działania, to dlaczego nam nie wychodzi? Dlaczego tak szybko tracimy zapał i motywację, a tym samym nie dotrzymujemy słowa, które sami sobie daliśmy?
Odpowiedź jest prosta: bardzo szybko mija świąteczny nastrój, a my wracamy do codziennego trybu. Po świętach idziemy do tej samej pracy, co przed świętami, robimy zakupy w tych samych marketach, co zawsze, przemierzamy te same ulice i chodniki, którymi poruszaliśmy się przed świętami. Zwyczajność dnia i jego szarość i to w sensie dosłownym, powoduje, że szybko odpuszczamy sobie noworoczne, huczne zapowiedzi swojego życia. I co? I nic. Nic się nie wydarza. Ziemia z tego powodu nie przestaje się kręcić, za to nas dopada „kac moralny”. Odczuwamy frustrację, jesteśmy źli na siebie i na świat wokół, że znowu nam nie wyszło. Nie wyszło, bo nie mogło się udać.
Zmieniamy siebie i swoje życie wtedy, gdy jesteśmy do tego wewnętrznie przekonani lub siły zewnętrzne nas do tego pchają. I pora roku oraz data w kalendarzu nie mają tutaj znaczenia. Każdy, gdy spojrzy z perspektywy na swoje życie, dostrzeże, że nie jest ono jednostajne i, że były w nim zakręty i przełomy, które niekoniecznie zostały zapoczątkowane na początku stycznia.
Nie robię planów na 2024 rok. Im jestem starsza, tym z większym luzem podchodzę do życia. Znam też siebie i wiem, że nawet jeśli starannie zapiszę swoje plany na przyszłość, to ich tak nie zrealizuję, czego uczciwie przyznaję się przed sobą i przed Wami, moimi czytelnikami. Jednak żeby nie było, że kompletnie wszystko odpuściłam: macie pełne prawo kopnąć mnie tyłek, jeśli wpisy na tym blogu nie będą się pojawiały regularnie!
P.S. Wpis dedykuje wszystkim, na których dzisiejszy tzw. blue monday wpływa przygnębiająco i mają kaca z powodu niedotrzymanych danych sobie obietnic.
Ta. Znam ludzi, którzy po Nowym Roku pójdą na siłownię, rzucą palenie, zaczną dietę. Ja ich pytam, dlaczego za 3 tygodnie, a nie teraz, od dziś? Odpowiedź…yyyy, a bo…eee. Dlatego podzielam Twoje zdanie. Masz zamiar coś zrobić, to zrób to teraz, albo przestań się oszukiwać. Dobre nie?
Problem jest nie w Kiedy (każdy moment jest dobry) tylko w motywacji. Robienie czegoś na siłę i wbrew sobie raczej nie przyniesie dobrych efektów.