Znasz to uczucie ekscytacji, kiedy właśnie w tym momencie spełnia się marzenie? Widzisz na własne oczy, że oto jest! Możesz go dotknąć, obejrzeć, wsiąść i jechać! Z tymi ostatnimi czynnościami, to bym nie przesadzała, ale po kolei.
Lagoon Vermeiren – spełnione marzenie
O rowerze, bo nim mowa, marzyłam od dawna, ale nie było to moje największe marzenie. Każdy ma takie: fajnie by było, gdyby się spełniło, ale jeśli nie to nic wielkiego się nie stanie. Jednak jednoślad (choć nie wiem, czy w przypadku roweru trójkołowego można używać takiego określenia), zawsze się gdzieś czaił z tyłu mojej głowy. W moim rodzinnym domu, a raczej bloku, nie było warunków, by trzymać taki sprzęt. Co by nie mówić, trochę on waży i mierzy też więcej niż klasyczny rower.
Po przeprowadzce do mojego Partnera jedną z pierwszych rzeczy, jaką kupiliśmy, był rower trójkołowy. Jednak zanim go zamówiliśmy, dokładnie sprawdziliśmy, gdzie i w jaki sposób może być przechowywany w naszych warunkach mieszkaniowych. Na szczęście okazało się, że mamy dla niego miejsce, w którym będzie bezpieczny, a nam nie będzie zawadzał.
Zanim zdecydowaliśmy się na konkretną markę, zrobiliśmy rozpoznanie rynku i dostępnych na nim modeli. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Lagoon Vermeiren! I tak oto prawie trzy lata temu zaczęła się moja przygoda z rowerem.
MPD stawia opór
Po pierwszym zachwycie przyszedł czas na jazdę próbną. Przypominam, że wtedy od czasu wczesnego dzieciństwa, był to mój pierwszy kontakt z rowerem. Ponadto byłam w nie najlepszej kondycji fizycznej, spowodowanej brakiem odpowiedniej rehabilitacji (jest to wątek na kolejny wpis). Dodatkowo lekarze przepisywali mi tabletki zmniejszające spastyczność, co w moim przypadku doprowadziło do tego, że miałam problem z koordynacją ruchową i równowagą. Ogólnie rzecz ujmując, nie było dobrze.
Wziąwszy powyższe pod uwagę, moje pierwsze jazdy przypadły na czas głębokiego dołka zdrowotnego. No, ale nic to, pomyślałam, nie ma na co czekać. Do odważnych świat należy! Każdy, kto po raz pierwszy wsiada na rower, czuje się niepewnie. Tym bardziej osoba z mózgowym porażeniem dziecięcym. Problemy zaczęły się dla mnie już na etapie wsiadania na rower. Pierwsze usadowienie się na siodełku zajęło mi z 10 minut. Potem nie było lepiej. Mój mózg wysyłał sygnały: „spadniesz!”, „zlecisz z siodełka!”, „przewrócisz się!” – mimo że obiektywnie nie było takiego zagrożenia. Jednak zawzięłam się i chcę pokazać, kto tu rządzi: ja, czy mózg? (choć obiektywnie rzecz ujmując, jesteśmy jednością).
Byle do przodu
Na pierwsze jazdy wyruszaliśmy na spory parking przy markecie, oddalony od naszego bloku o jakieś 50 m. Zważywszy to, co napisałam powyżej, trudno nazwać te pierwsze próby przyjemnością. Byłam bardzo spięta, niekontrolowane napięcie mięśniowe włączało się na maksa. Trudno przy takim oporze stawianym przez własne ciało, odczuwać jakąkolwiek przyjemność z jazdy. Stopy spadały z pedałów, co powodowało, że moje golenie były tak poobijane, że myślałam o jakiś ochraniaczach, albo paskach przytrzymujących stopy na pedałach.
Ogólnie rzecz biorąc, pierwszy rowerowy sezon nie był dla mnie zbyt udany. Jednak, dzięki genom babci Władzi jestem też zawzięta i uparta. Skoro wreszcie marzenie o rowerze się ziściło, to nie mogę się tak łatwo poddać! Dzięki świadomości, że trening czyni mistrza, ciąg dalszy nastąpi…
Też miałem trudne początki na swoich trzech kółkach. Moniko, może komuś kto zaczyna dopiero przygodę z rowerem, przyda się informacja, co jest niezbędne, tak jak np. rękawiczki bez palców, ale z wkładką żelową.
Podziękuj ode mnie Marderowi, od niego dostałem linka. Na pewno będę tutaj zaglądać.
Robroy,
dziękuję za odwiedziny i komentarz. Jak zauważyłeś sprawy rowerowe, tworzą osobną kategorię na blogu, więc powoli… Wszystko w swoim czasie :-). Zaglądaj tutaj.
A ten pierwszy rower Moniki z dzieciństwa odziedziczyłem ja i to był także mój pierwszy rower.
Rowerowy recykling :-).
A nazwa jego była Pudel i był niebieski. O.
Danielu, mój pierwszy rowerek, też był po starszej siostrze. Nie jesteś sam 🙂