You are currently viewing

Wyobrażasz sobie urządzanie mieszkania bez Ikea i innych sieciówek, w których można kupić wszystko, co niezbędne, by kompletnie wyposażyć cztery kąty? Myślę, że nie bardzo. Jak zatem z umeblowaniem wnętrz radzili sobie ludzie w Polsce Ludowej, kiedy to chwilowe braki w zaopatrzeniu, tak naprawdę były permanentnymi niedostatkami?

Mieszkać w PRL-u

Na to pytanie próbuje znaleźć odpowiedź Agata Szydłowska w książce „Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL-u”. Autorka z wielkim pietyzmem podeszła do tematu, robiąc dokładny research, a uzyskaną wiedzę w doskonały sposób potrafiła przekazać, snując opowieść o polskich mieszkaniach i ludziach, którzy w nich żyli. Autorka opowieści nadała bieg chronologiczny, co doskonale się sprawdza, pozwalając uzyskać obraz mieszkalnictwa w minionym systemie politycznym.

Mieszkanie na miarę możliwości

Szydłowska zaczyna od czasów powojennych, gdy dopiero zaczęto odgruzowywać zniszczone miasta, a ludzie mieszkali gdzie bądź: w zbombardowanych, grożących zawaleniem kamienicach, w naprędce skleconych szopach i komórkach, bez bieżącej wody. Za wyposażenie służyły znalezione, wyszabrowane lub po prostu skradzione sprzęty. Polacy przyjeżdżający na tzw. ziemie odzyskane po prostu zajmowali domy i mieszkania porzucone przez uciekających Niemców. W miarę, gdy władza ludowa zaczęła krzepnąć, rościła sobie prawo do ingerowania we wszystkie sfery życia obywateli. Dotyczyło to również tego, jak Polacy mają mieszkać, a głód mieszkań w zrujnowanym przez wojnę kraju, był ogromny.
Za czasów Gomułki również powstawały nowe domy, o dość specyficznym układzie, w których nie mieściły się przedwojenne, cudem ocalałe szafy, kredensy, stoły, sekretarzyki i inne meble. Mieszczańskie wyposażenie stało się passe z prostego powodu: nie mieściło się w nowo budowanych klitkach. Koncepcja mieszkania miała w tamtym czasie odpowiadać wyobrażeniu o wzorowym obywatelu i obywatelce. Klasa pracująca i inteligenci też mieli jadać w przyzakładowych stołówkach, więc kuchnie w mieszkaniach były mikroskopijne. Tak samo, jak łazienki, do której nie w sposób było wcisnąć pralki „Frani”, o ile ktoś ja posiadał. Według z góry ustalonym regułom pranie panie domu miały robić w pralniach, mieszczących się w piwnicach. Problem jednak polegał na tych w większości przypadków owe ogólnodostępne pomieszczenia pralnicze nigdy nie zostały uruchomione.
Zresztą brak mieszkań to nie tylko problem pierwszych dziesięcioleci PRL-u, ale również lat 70-ych i 80-ych, kiedy to powstawały osiedla z wielkiej płyty, które do dziś determinują krajobraz miejski. W nich łazienki i kuchnie były bardziej funkcjonalne, ale za to w nowych mieszkaniach usterka goniła usterkę (wystarczy sobie przypomnieć kultowy serial „Alternatywy 4”). Szczytem marzeń była wystana w kolejce meblościanka na wysoki połysk. Któż jej mnie widział, a może nadal stoi w mieszkaniu rodziców, wujostwa lub dziadków?

Przez cały okres PRL-u problem mieszkań był problemem priorytetowym, palącym, a przez to nierozwiązywalnym. Na różne sposoby starano się pouczać szczęśliwców posiadających swoje M, w jaki sposób je urządzać, by było nowocześnie i wygodne. Ale i tu władza potykała się o własne nogi, albowiem w sklepach meblowych i ze sprzętem AGD nie było nic. Za to były kolejki i komitety kolejkowe, przy okazji których pojawiła się funkcja kolejkowego stacza. Innymi słowy, płaciło się komuś, kto stał za kogoś w kolejce po te dobra konsumpcyjne.

Opracowanie Szydłowskiej jest pełne i niezmiernie interesujące. Autorka wykonała kawał świetnej roboty, przedstawiając obraz mieszkalnictwa w czasie komunizmu.

5 2 głosy
Article Rating

Monika

krótko i szczerze o wszystkim
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze