Wiosna nadeszła, więc niebawem zacznę kolejny, czwarty już sezon rowerowy. A skoro tak, to najwyższa pora podzielić się z Tobą blaskami i cieniami zeszłorocznej przygody z rowerem trójkołowym.
Jeeedziemyyy
Po raz pierwszy po zimowej przerwie na rower wsiadłam w drugiej połowie kwietnia. Podczas tego pierwszego wyjazdu przejechałam 7 km, więc całkiem sporo. Nadal mocno we znaki dawała mi spastyka. Walczyłam z nią aż do jesieni i bez większych sukcesów po mojej stronie. Raz była silniejsza, innym razem nieco słabsza, ale nigdy mnie nie opuszczało wzmożone napięcie mięśniowe. Najmocniej odczuwałam je jadać ścieżkami rowerowymi, prowadzącymi wzdłuż ruchliwych ulic. Niestety, mieszkając w dużym mieście, nie da się jeździć rowerem, tam gdzie jest cicho i spokojnie. Trzeba się do tego przyzwyczaić albo zrezygnować z jazdy na rowerze. W moim przypadku ta ostatnia opcja odpada. Złapałam bakcyla i drobne niedogodności nie są w stanie mnie zniechęcić. Te „drobne niedogodności” powodowały, że nie mogłam się całkowicie rozluźnić, co spowodowałoby, że moja jazda byłaby bardziej płynna i czerpałabym z niej więcej frajdy. Nie można mieć wszystkiego, przynajmniej nie od razu. To co pomagało mi nie myśleć o spastyce, to ciche mruczenie lub… gadanie do siebie. Wiem, że to brzmi dziwaczne i głupio, ale jeśli coś jest głupie, ale działa, to wcale nie jest głupie. I tego będę się trzymać. Skoro sama ze sobą gadałam to wod ubiegłej wiosny mój ukochany i niezawodny Partner był zwolniony z ciągłego mówienia do mnie. Jesteśmy bardzo ciekawi, jak to będzie w tym roku.
Dłuższy dystans – większa frajda
Wracając do poprzedniego sezonu, to dystanse, które przemierzałam na trójkołowym wehikule, stały się coraz dłuższe. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu stały się regularne jazdy. Kiedy tylko mogłam, to wsiadałam na trójkołowy pojazd i jechałam przed siebie. Z jazdy na jazdę szło mi coraz lepiej, a sama jazda stawała się coraz płynniejsza. Powiedzenie „trening czyni mistrza” w tym przypadku sprawdzało się w stu procentach. Zaczęłam pokonywać coraz dłuższe dystanse. Trasy dziesięciokilometrowe stały się regułą. Co nie zmieniało faktu, że spastyka wciąż była moją wierną towarzyszką. Napięcie mięśniowe wzmagało się, gdy jechałam wzdłuż ruchliwej drogi albo gdy na trasie napotykałam jakieś niespodziewane przeszkody. Wystarczyło jednak, że wjechałam do parku lub lasku, by moje mięśnie się rozluźniły, co bezpośrednio przekładało się na bardziej swobodną jazdę.
Zauważyłam też, że na jakość mojej jazdy ma wpływ pogoda, a w szczególności ciśnienie atmosferyczne. Było kilka dni, kiedy jechało mi się fatalnie właśnie ze względu na dziwne „bujanie” pogodowe. Jednak wrażliwa jestem :-). A poważnie pisząc, to każdy miewa gorsze i lepsze dni. Trzeba ten fakt zaakceptować i nie przejmować się.
Dwa rowery!
W ubiegłym roku odnotowałam dwa sukcesy na swoim koncie. Pierwszym i chyba najważniejszym było to, że zaczęłam jeździć sama. Mój Partner już nie musiał przy mnie truchtać, co z biegiem czasu stawało się dla Niego coraz trudniejsze, gdyż jeździłam coraz szybciej i płynniej. Naturalną konsekwencją tego ostatniego był pierwszy wypad w pierwszą niedzielę ubiegłorocznej jesieni w dwa rowery do pobliskiego lasku. Kiedy Narzeczony szedł obok, to miałam poczucie, zapewne złudne, że w jakimś stopniu mnie asekuruje. Natomiast, gdy jechał za mną lub obok mnie na rowerze to miałam świadomość, że jestem zdana na siebie i odpowiadam za swoje bezpieczeństwo. Pierwsza wspólna wyprawa rowerowa pod koniec sezonu (były jeszcze dwie lub trzy), bardzo wzmocniłam moją pewność siebie, jako rowerzystki, a ponadto nam obojgu dostarczyła mnóstwa frajdy.
Nie możemy się doczekać, kiedy rozpoczniemy czwarty już, tym razem wspólny sezon rowerowy. O tym, co się w nim wydarzy będę informowała na bieżąco.