Czwarty sezon z moim trójkołowym pogromcą szos i nie tylko, rozpoczęłam w ostatnią sobotę marca, więc już jakiś czas temu i sporo wcześniej niż w poprzednich latach. Pogoda sprzyjała, więc nie było na co czekać.
No, jedź!
Nie byłabym sobą, gdybym przed pierwszym wyjazdem nie analizowała i rozmyślała. Pisząc wprost, miałam trochę obaw i pietra. Jednak tym razem sprawdziła się metoda: mniej myślenia, więcej działania. Po prostu wsiadłam i pojechałam. Tego dnia po raz pierwszy mój Ukochany towarzyszył mi pieszo. Szło mi tak dobrze, że biedny nie mógł nadążyć, więc od tamtej pory jeździmy już w dwa rowery.
Przeważnie w trasę ruszamy w weekend, kiedy jestem wypoczęta i wyspana. W moim przypadku ma to ogromne znaczenie, ponieważ dużo lepiej funkcjonuję, gdy mogę rano dłużej pospać. Wykorzystując fakt, że wczesną wiosną w lesie jeszcze nie ma komarów, jedziemy do pobliskiego lasku, gdzie jest w miarę spokojnie i można potrenować samą jazdą po nierównościach. Zupełnie inaczej jedzie się wyasfaltowaną ścieżką rowerową, niż leśnym duktem.
Ostatnio w lasku zrobiliśmy 10 km i szczerze – miałam dość.
Upadek
Nadal chwyta mnie spastyka w rękach i jak już chwycę kierownicę, to nie puszczę. Jaki to ma skutek, przekonałam się całkiem niedawno, kiedy to źle weszłam w zakręt (na szczęście przy niewielkiej prędkości) i spadłam z siodełka, pociągając za sobą rower. Gdybym nie trzymała kurczowo kierownicy, pewnie trójkołowiec by się nie przewrócił. Dzięki kaskowi głowę mam całą i tylko jeden niewielki siniak na ręku. Pamiętając, że w poprzednich latach miałam tylko jeden taki epizod na sezon, liczę, że właśnie on się wydarzył i już będzie ok.
Po tym upadku zrobiłam sobie jeden dzień przerwy i ponownie wsiadłam na rower. Przerwa się przydała, by się zresetować i już bez obciążenia, mogłam ruszyć w trasę.
Walka
Spastyka raz jest mniejsza, raz większa, ale jednak jest. Przez nią, jak w poprzednich latach, po powrocie z rowerowego wypadu nie bolą mnie nogi, ale kark. Niemniej jednak odczuwam coraz większą przyjemność z jazdy. Pedałowanie po ścieżce rowerowej, biegnącej wzdłuż ulicy, wciąż jest pewnym wyzwaniem, ale w dużym mieście nie ma innej możliwości poruszania się na rowerze.
Podsumowując, otwarcie sezonu rowerowego 2024 uznaję za udane. Zdradzę, że mamy pewien plan do zrealizowania, ale zanim on nastąpi, muszę jeszcze trochę potrenować, aby się wzmocnić fizycznie i nabrać jeszcze większej wprawy w samej jeździe.
O Królowo 👑 dobrze, że tym razem bez upadku! 🙈 Rower, omijam szerokim łukiem. Podziwiam Twój zapał 😉🍀
P. S. Zdjęcie spoko 🌻😁
Dzięki, Profesjonalistko :-). Ze mnie żadna graficzka. A rower jest spełnieniem marzeń. Poza tym, w moim przypadku, jest też dopełnieniem rehabilitacji.
Bardzo słuszne podejście! Upadek już zaliczony, więc możemy w pełni cieszyć się sezonem rowerowym. Najbardziej cieszy, że dzisiaj pokonywałaś równie wymagające zakręty i nierówności pewnie i perfekcyjnie.
Oj… Całe szczęście że się nie potłukłaś. Na pewno w tym sezonie na liczniku Twojego roweru przybędzie więcej kilometrów.
Jeżeli chodzi o mnie, to miałem teraz trzy tygodnie przerwy, bo udało mi się wyjechać na turnus rehabilitacyjny do Buska-Zdroju.
Teraz wracam do codzienności, a jej integralną częścią jest jazda na moim trójkołowym postrachu szos 🙂
Co prawda, spastyka w rękach też jest u mnie dość silna, tak że nie ma na razie mowy o użyciu dzwonka czy przerzutki, ale może z czasem to się zmieni.
Szerokiej drogi Moniko