„Nie potrzebuję terapii, po prostu potrzeba mi Roweru” – taki napis widnieje na jednej z moich koszulek. I coś w tym jest.
Ostatni wpis rowerowy popełniłam na początku sezonu, a tu mamy już jego środek. Można powiedzieć, a właściwie napisać, że nie mam czasu pisać, bo jeżdżę.
Wygrać ze spastyką
A tak bardziej serio, to wykorzystujemy każdą okazję, by wsiąść na rowery i pognać przed siebie. Coraz sprawniej poruszam się na moim Vermeirenie Lagoon’ie . Choć nie przeczę, spastyka nadal jest, choć w coraz mniejszym stopniu przeszkadza mi w jeżdżeniu. Jednak zdarzył się jeden wyjazd, kiedy wzmożone napięcie mięśniowe dało mi mocno w kość, nie pozwalając nie tylko na w miarę płynną jazdę, ale praktycznie pozbawiając mnie tego dnia radości z przejażdżki. Takich przypadków nie potrafię racjonalnie wyjaśnić i raczej nauka jest tu bezradna. Rehabilitant stwierdził, że czasem są takie dni i trzeba to zaakceptować. Absolutnie się nie poddawać i nie rezygnować. I rzeczywiście. Kolejny rowerowy wyjazd już był zupełnie inny, a moje ciało było bardziej skore do współpracy.
Zatem raz nie zawsze, więc korzystamy, kiedy tylko możemy, by wsiąść na rowery i pognać przed siebie. Czasem dosłownie gnamy, uciekając przed burzą. Taka historia zdarzyła się nam dwa razy. Pierwszy raz troszkę nas zmoczył deszcz, nawierzchnia zrobiła się mokra i wtedy przekonałam się, że zupełnie inaczej hamuje się na mokrej drodze. Nic się nie wydarzyło, panowałam nad moim trójkołowcem, ale poczułam różnicę.
Uciec przed burzą
Kilka tygodni temu wyjechaliśmy, jak zwykle na przejażdżkę. Nie miałam pojęcia, że mój wierny, kochany towarzysz rowerowych eskapad ma plan. Tego dnia dojechaliśmy do granic Poznania, pokonując w sumie 20 km! Dla mnie to naprawdę był wyczyn i wysiłek, ale też ogromna radość i satysfakcja, których nie przyćmił ból łydek. W tym przypadku mogłam powiedzieć, że jeżeli boli, to znaczy, że mięśnie pracowały, co z kolei oznacza, że żyję.
Jazda ścieżkami rowerowymi w dużym mieście jest dla mnie średnią przyjemnością, nie tylko ze względu na ruch samochodowy. Owszem, miejskie drogi rowerowe są równe i jedzie się po nich w miarę płynnie i to wszystko. Choć nie powiem kusi mnie dotarcie ścieżkami np. nad jeziorko Rusałka… Kto wie, kto wie…
Vermeiren Lagoon na leśnych ścieżkach
Większą przyjemność mam jeżdżąc leśnymi duktami, które siłą rzeczy nie są równe. Już nauczyłam się manewrować w ten sposób, by omijać wystające korzenie, ale na trójkołowcu nie jest to takie proste. Gdy przeszkodę ominę przednim kołem, to zawsze któreś tylne na nią najedzie, a amortyzatorów brak. Nie narzekam, po prostu przedstawiam fakty. Już się przyzwyczaiłam do tego, że nagle mogę lekko podskoczyć, albo przechylić się na jedną stronę. Taki jest urok jazdy w lesie, gdzie w zamian za to nie ma ciągłego ruchu samochodowego. Jest cicho i spokojnie, co bardzo dobrze wpływa na moje napięcie mięśniowe. W lesie od razu staje się mniejsze. Jeszcze w ubiegłym roku wpajane mi przez Partnera od momentu, gdy po raz pierwszy wsiadłam na trójkołowiec, że jeździ się prawą stroną, tak mocno wryło się w moją świadomość, że choćby nie wiem, co się działo, trzymam się prawej strony! Tej zasady nadal się trzymam, ale tylko, gdy jadę ścieżką rowerową, chodnikiem, lub jezdnią. Będąc w lesie, staram się jednak tak manewrować, by nie jechać po największych wystających korzeniach, czy kopnym piachu. Dzięki takiej jeździe poczułam się dużo pewniej na siodełku. Poza tym po obfitych deszczach w naszym lesie ogromniaste kałuże, które wyminąć trzeba wąskim przesmykiem, nie koniecznie prawą stroną. Takie lawirowanie wzmacnia moją pewność siebie, jako rowerzystki.
No właśnie, czego potrzebuję bardziej: terapii, czyli spotkań z rehabilitantem, czy roweru? Chyba jednego i drugiego. Gdyby nie systematyczna rehabilitacja, nie byłaby w stanie w ogóle wsiąść na rower, nie mówiąc już o jeździe. Z kolei jazda na rowerze wzmacnia moje ciało, sprawia, że poprawia się moja równowaga. Czuję się silniejsza i bardziej wytrzymała.
W ten weekend, jeśli pogoda pozwoli, znowu ruszymy we dwoje na ścieżki, nie tylko te rowerowe.
Zazdroszczę Ci tej jazdy po leśnych dróżkach. Próbowałem, ale kiedy tylko zaczynało trochę trząść na korzeniach, moja spastyka mówiła „nie”, uniemożliwiając mi jazdę.
Może kiedyś jeszcze spróbuję, ale na razie trzymam się z dala od leśnych szlaków.
Pozdrawiam i życzę szerokiej drogi 😀
Początki jazdy „crossowej” były trudne, ale jestem uparta. Po raz kolejny przekonałam się, że trening czyni mistrzynię ;-). Jednak zdaję sobie sprawę, że każdy mpdowiec jest inny i inaczej reaguje na takie same warunki.
Życzę Ci coraz większej przyjemności z jazdy na trzech kołach :-).