Jej, jak nic mi się nie chce. Chyba mam depresję. Chciałabym coś robić, poruszać się, ale mi się nie chce. I dni takie krótkie. Bez sensu to wszystko… Takie i podobne zdania słyszę wokół, od bliższych i dalszych znajomych. Można by westchnąć: i znów jesień przyszła znienacka, zaskakując niektórych z nas.
No cóż, jesień już jest, zima, przynajmniej ta kalendarzowa, przyjdzie niebawem, więc jak się komuś nie podoba, to niech się kładzie i umiera. Po co się ma biedak, lub biedaczka męczyć. Żeby nie było, że jestem wredna i nie rozumiem, negatywnych objawów wywoływanych przez nieprzyjazne pory roku. Sama odczuwam niełaskę jesieni i zimy: mniej się ruszam, rzadziej wychodzę, co negatywnie wpływa na moją kondycję psychiczną i fizyczną. Jednak jednocześnie staram się znaleźć sobie jakąś aktywność w domu, coś co angażuje moje myśli. Jedną z rzeczy najbardziej angażujących myśli jest… remoncik.
Remont jest zawsze sporym przedsięwzięciem, zajmującym czas, energię. Od chwili, gdy postanowiliśmy zamieszkać razem praktycznie krok po kroku, odświeżyliśmy całe mieszkanie. Największa zmiana dokonała się w łazience, ale było to w czasie, kiedy jeszcze nie mieszkałam w Poznaniu na stałe. Tamten remont był długi, mozolny, z nieprzewidzianymi wydarzeniami… Potem gdy już zamieszkaliśmy razem, zmieniliśmy całkowicie wygląd i wyposażenie kuchni. W tam zwanym międzyczasie również pokoje zyskały nowy image. Ponieważ było to kilka lat temu, w październiku zrobiliśmy ponowny remont najmniejszego z pokoi.
Oj, tak remont robiony jesienią potrafi wykurzyć wszystkie smutki. Trzeba najpierw wymyślić koncepcję zmian. Wszystko zaczyna się od fajnych rozmów, podczas których wspólnie wypracowujemy wizję nowego pomieszczenia. Potem rozpoczynamy tournée po sklepach meblowych i marketach budowlanych. Niestety, minusem zmian w przestrzeni jest… bałagan. Ale paradoksalnie przy tej okazji można zrobić porządek, pozbywając się zalegających szpargałów. Tym razem zrobiliśmy radykalną czystkę, gdyż stare meble wyrzuciliśmy.
Po tym, jak pokój został odświeżony przez majstra, który spóźnił się tylko… trzy dni, można się było wziąć za skręcanie nowych mebli i ponowne układanie w nich naszych rzeczy.
I tak minęło kilka tygodni. Jesiennych tygodni. Po zakończonym remoncie czekaliśmy jeszcze dość długo na jeden z elementów wyposażenia i dopiero wtedy mogliśmy się w pełni cieszyć z zakończonego remontu. Prawdę mówiąc, wciąż jest w nas radość, dzięki której jesienna „depresja” nie ma szans się dostać do naszych umysłów. Na co dzień trudno jest sobie stwarzać co rusz jakieś pozytywne bodźce, które pozwoliłyby na kumulowanie energii. Różowe, a nawet brudnoróżowe okulary wcześniej, czy później spadną z nosa i dostrzeżemy szarobure kolory wokół nas. Jednak warto wyznaczać sobie jakieś jasne punkty na horyzoncie. Dla jednych może to być wizyta na basenie, seans w kinie, kawka z przyjaciółką, lub czas tylko dla siebie i książki.
Jestem świadoma, że któregoś ponurego dnia jesiennego, lub zimowego do mojego umysłu wkradną się ponure myśli i nos zawieszę na kwintę. I wtedy pozwolę sobie na to, by przez chwilę nie mieć humory, by trochę umościć się w swoim „dołku”, bo mam do tego prawo, bo nikt przez cały czas nie ma dobrego humoru. I tak sobie posiedzę przez chwilę, albo dwie. A potem wkurzę się sama na siebie, że tak siedzę bez sensu z nosem na kwintę. Rozejrzę się i założę na nos brudnoróżowe okulary.