You are currently viewing Salsa w domu

Salsa w domu

Zimowy bezruch

Zima w tym roku jest łagodna. Co prawda jest dopiero koniec stycznia, więc w Poznaniu śnieg jeszcze może się pojawić. Pogoda ma wpływ na moją kondycję psychofizyczną. Im cieplej, tym dla mnie lepiej. Trudno nie dostrzec zmian klimatu: zimy są ciepłe, a śnieg, przynajmniej w Poznaniu jest zjawiskiem incydentalnym. Co nie zmienia faktu, że miesiące zimowe są dla mnie trudne, bo mimo że temperatury się zmieniają, to jednak wciąż Ziemia tak samo obraca się wokół Słońca, co sprawia, że wciąż zimowe dni są krótkie, co niekorzystnie wpływa na psychikę, nie tylko moją. Słabym pocieszeniem jest stwierdzenie, że w Norwegii mają gorzej.

Ponieważ jestem człowiekiem działania i nawet jeśli nie mogę czegoś zmienić, to próbuję to obejść, przechytrzyć system, by choć trochę było lepiej.

Po pierwsze rehabilitacja

W tym sezonie dzięki systematycznej rehabilitacji, jak na razie (tu odpukuję w niemalowane drewno) nie imają się mnie większe dolegliwości, ani nie miałam kryzysów, których doświadczałam o tej porze roku w latach ubiegłych. Co nie oznacza, że jest idealnie. Kręgosłup nie stał się idealnie prosty (kto taki ma w obecnych czasach?), jakaś torbiel między dwoma kręgami nie znikła, co oznacza, że często boli mnie lewe udo. Wiem, ze to może się wydać dziwne – bo degradacja odcinka kręgosłupa i ból nogi, ale wszystko w ciele jest połączone i zależne i często nie dokucza część „popsuta”, lecz coś zupełnie innego. Co rano zmagam się ze spastycznym bólem prawego biodra. Niezależnie od tego, jakie czynności rano wykonuję i w jakiej kolejności, to i tak się pojawia, Zazwyczaj jest tak silny, że muszę usiąść w odpowiedniej pozycji i poczekać kilka, a nierzadko kilkanaście minut. Bywa, że nie chce przejść, a trzeba się ogarnąć, by o ósmej zacząć pracę. Na szczęście przechodzi samoistnie i w ciągu dnia nie wraca.

Całkiem niezłą formę zawdzięczam systematycznej i profesjonalnej rehabilitacji. Jest ona podstawą mojego funkcjonowania, dzięki niej nieźle sobie radzę w codziennym życiu. Jednak przestała mi wystarczać taka bierna fizjoterapia, podczas której całą robotę odwala rehabilitant. Czułam, że potrzebuję czegoś więcej, jakieś aktywności, które zapewnią mi ruch. Zajęcia ruchowe, na które chodziłam do Zamku, skończyły się na początku grudnia. Zresztą odbywały się i zapewne będą się odbywać również w tym roku w cyklu dwutygodniowym, co dla mnie jest to trochę mało. Dlatego wymyśliłam:

Autorska salsa

Swoją własną autorską salsę. Lubię latynowskie rytmy, które są niezmiernie energetyzujące i gdy się je włączy, to niezmiernie trudno przy nich siedzieć w pozycji statycznej. Jak pisałam, chodzę na zajęcia z tańca intuicyjnego, lecz pomijając fakt, że odbywają się one tylko raz na dwa tygodnie, co jest trochę mało, to teraz jest przerwa. Zimą na rowerze nie jeżdżę, więc musiałam wymyślić inny sposób, by się całkiem nie zastać. Moja salsa jest idealnym sposobem, by w niesprzyjających okolicznościach przyrody, nie zastać się. Przed pierwszą sesją skonsultowałam się z moim rehabilitantem. Nie widział przeciwwskazań do takiego rodzaju aktywności. Jedynie poradził mi, że jeżeli chcę poprawić kondycję, to abym była w ruchu do chwili aż się nie zasapię i nie zmęczę. I wiecie co? To naprawdę działa. Nie napiszę, że codziennie hasam w rytmie salsy, ale kilka razy w tygodniu, to muszę. Doszłam już do tego etapu, że jeśli nie poruszam się dwa dni z rzędu, to czuję się kiepsko, nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Dzięki tej aktywności nie mam „dołków” psychicznych, znacznie lepiej czuję się fizycznie.

Nigdy nie lubiłam typowych ćwiczeń rehabilitacyjnych: są nudne i statyczne, a wykonywanie ich naprawdę męczy człowieka psychicznie. Natomiast ruch w latynowskich rytmach, to jest to, co pobudza moje ciało i umysł.

5 1 głos
Article Rating

Monika

krótko i szczerze o wszystkim
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze