To będzie wpis w rodzaju „nie znam się, ale się wypowiem”. Każdy z nas je, spożywa, konsumuje. Każdy z nas, choć raz był na jakieś „diecie”, czy to z przyczyn wizerunkowych, czy też z powodu zdrowotnych. Mając 51 lat życia za sobą, te dwa aspekty zwykle się ze sobą łączą. Jednak nie popadam w histerię, patrząc na siebie w lustrze, choć czasem westchnę „jaka ja jestem gruba”… Jednak nie mam szans się poużalać, bo szybko jestem szybko sprowadzana na ziemię przez niezawodnego Bolka.
Nie lubię chipsów!
A tak poważnie poważnie pisząc, to nie stosuję diety, bo wiem, że bym w niej nie wytrwała. A najgorsze, co w tej, jak i jakiejkolwiek innej materii można zrobić, to oszukiwać samego siebie. Na słomiany zapał jestem zbyt stara. Znam siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że i tak nie wytrwam — więc po co zaczynać? Po drugie, jak już pisałam w poprzednich wpisach, kuchnia jest królestwem Bolka, więc musiałby się angażować w moje dietetyczne widzi mi się. Ponadto i tak w ostatnim czasie nasz jadłospis uległ zmianie: jest w nim więcej warzyw, potraw gotowanych na parze, sałatek, mniej rzeczy jemy smażonych. Słodycze? Owszem, ale nie wszystkie i nie zawsze. To co mnie najbardziej kusi, to są ciasta, ale pieczemy tylko na święta, a kupujemy od wielkiego dzwonu. Czasem wyskoczymy do kawiarni. Dwa razy w roku, w czasie przesilenia zimowo-wiosennego i letnio-jesiennego mam dziką ochotę na czekoladę. Wtedy wpierdzielę całą tabliczkę. Zemdli mnie, ale dzięki temu mam spokój na pół roku. Czekolada może leżeć koło mnie i pachnieć, a mnie i tak to nie rusza. Słone przekąski to też nie moja bajka. Nie lubię chipsów. Czasem mam ochotę na prażynki. Kupię, zjem paczkę i mam spokój na dobre kilka miesięcy.
Nie jestem szczupła
Z powyższego opisu można by wysnuć wniosek, że powinnam być szczupła. Niestety, nie jestem. Na początku jesieni zrobiłam badania w ramach programu „Moje zdrowie”. Omawiając wyniki, lekarz bardzo delikatnie zasugerował, że pomimo są one w porządku, to jednak zbyt dużo ważę i przydałoby się nieco zrzucić kilogramów. Jednak oboje, ja i lekarz, jesteśmy rozsądni i wiemy, że będzie to trudne, wręcz niemożliwe. Dlatego się nie katuję dietami, nie zadręczam siebie i innych swoimi niemożnościami. Jem trzy, czasem tylko dwa posiłki dziennie. Piję smoothie, czyli zmiksowane owoce. Jesień nie sprzyja aktywności na świeżym powietrzu. Kończę pracę w trybie home office o 15.stej, zanim się wygrzebię, by wyjść z domu, to zapadnie zmrok. Na aktywności pozostają weekendy. Jednak to nie oznacza, że w domu nie można być aktywnym i robić coś dla swojego zdrowia fizycznego. Można, jak najbardziej napiszę w kolejnym wpisie.
To, co napisałam powyżej nie oznacza, że jestem ignorantką i nie zdaję sobie sprawy, że problemy zaburzenia żywienia i otyłości nie dotyczą osób z niepełnosprawnościami. Dotyczą, jak najbardziej. Tylko, że otyłość jest jednostką chorobową, czyli prościej rzecz ujmując jest chorobą. A skoro tak, to nie ma tutaj co chojrakować i „leczyć” się na własną rękę, tylko trzeba udać się do lekarza. Wyżej wspomniałam o badaniu w ramach programu „Moje zdrowie”. Wytyczne dla lekarzy są takie, by spojrzeć na pacjenta pod kątem otyłości: w gabinecie pacjent jest ważony i mierzony.
Nie będę biegała
Rozumiem doskonale, że my, jako osoby z niepełnosprawnościami, napotykamy na większe trudności w utrzymaniu zdrowej diety, kontrolowaniu masy ciała oraz podejmowaniu regularnej aktywności fizycznej. Wynika to z różnych czynników, takich jak ograniczony dostęp do zdrowej żywności, problemy z żuciem lub połykaniem posiłków. Dodatkowo, część z nas przyjmuje leki, które mogą wpływać na apetyt i masę ciała, powodując jej wzrost lub spadek. Istotną barierą są także ograniczenia ruchowe, ból, brak energii oraz niedostateczna dostępność przestrzeni sprzyjających aktywności fizycznej. Trudno jest się ruszyć z domu, by dojechać na jakiekolwiek zajęcia ruchowe, czy siłownie. Zresztą nie ma warsztatów, zajęć ruchowych adresowanych tylko i wyłącznie do osób z niepełnosprawnościami. Przez dwa sezony chodziłam na zajęcia ruchowe adresowane pierwotnie do osób ze stwardnieniem rozsianym, ale też otwarte na inne niepełnosprawności. Jednak szybko okazało się, na 10 osób uczestniczących w zajęciach tylko ja i koleżanka jesteśmy osobami z niepełnosprawnościami. Reszta osób była osobami pełnosprawnymi, więc po jakimś czasie przestałam się tam dobrze czuć i w tym sezonie zrezygnowałam z tego rodzaju aktywności. Wreszcie, trudności mogą wynikać z braku zasobów finansowych, problemów z transportem oraz niewystarczającego wsparcia społecznego ze strony rodziny, przyjaciół i otoczenia.
Dieta w granicach rozsądku
Wracając jednak do diet, to jeśli ktoś ma ochotę stosować i wie, że to przysłuży się jego zdrowiu, to proszę bardzo. Dieta wymaga wytrwałości i determinacji. Dieta w swojej definicji, kiedyś się kończy i co wtedy? Witamy efekt jo-jo. To jest jedna z głównych przyczyn, dla których nie stosuję diet. Jestem uczciwa wobec siebie. Wiem, że po pierwsze z przygotowanie posiłków wedle jakiekolwiek diety wprowadziłoby zbyt dużo niepotrzebnego zamieszania do naszego życia, a poza tym i tak bym zbyt długo nie wytrwała w rygorze żywieniowym. Jednym słowem gra nie jest warta świeczki.
No, dobra. Jest jedna dieta, którą staram się stosować. Nazywa się ŻM, czyli żryj mniej. I chyba ona jest najrozsądniejsza i daje szansę wytrwania.
Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że diety cud nie istnieją. Do kwestii żywienia trzeba podchodzić rozsądnie i uczciwie wobec siebie.
A Ty, co myślisz o dietach?
Czy kiedykolwiek byłeś na diecie odchudzającej i udało Ci się zredukować masę ciała?
Czy po zakończeniu reżimu żywieniowego powitałeś efekt jo-jo?