You are currently viewing Jak łydka wyłączyła mnie z życia

Jak łydka wyłączyła mnie z życia

Wypad do Botanika, którego nie było

To miała być przyjemna sobota. Oboje mieliśmy wolne, więc postanowiliśmy wybrać się do Ogrodu Botanicznego. Ubraliśmy się, wyszliśmy z domu i mniej więcej w połowie drogi na przystanek zaczęła mnie boleć łydka. No, nic- myślę – dojdę na przystanek, usiądę i na pewno mi przejdzie. Z każdym krokiem boli mnie coraz bardziej, a po drodze nie ma ławki, murku, czegokolwiek, by przysiąść. Ledwo, bo ledwo, ale jakoś z pomocą Bolka, który w pewnym momencie trzymał mnie za dwie ręce, dokuśtykałam do przystanku i usiadłam na ławce.

Co jest z tą łydką?

Myliłam się, odpoczynek na ławce, próba rozluźnienia nogi, łydki, siadanie w dziwnych pozycjach, wyciąganie nogi, nie przyniosło żadnego rezultatu. Jak bolało, tak boli. A jeszcze mam wrażenie, że ból się nasila – jakby ktoś łydkę wsadził w imadło i coraz bardziej przykręcał śrubę. Oczywiście zrezygnowaliśmy z wypadu do Botanika. Jednak trzeba było wrócić z tego cholernego przystanku do domu. Nasz blok majaczył na horyzoncie, był w zasięgu wzroku. Dotarcie do niego zajęło nam ponad godzinę, gdzie normalnie przetuptuję ten dystans w niecałe 10 minut. Siadałam na każdym murku, ławce, które były po drodze. Chciało mi się jednocześnie krzyczeć i płakać.

W domu wzięłam podwójną dawkę magnezu i potasu (łykam je co rano) i tabletkę przeciwbólową. Byłam przekonana, że to pomoże. Nie pomogło. Nadal czułam, jakby mi ktoś łydkę w imadle. Przykładanie gorącego termoforu też na niewiele się zdało. Gdy leżałam miałam uczucie, że odpuszcza, że łydka się rozluźnia. Jednak, gdy wstałam wszystko wróciło. Wciąż czułam ogromne napięcie mięśni łydki – bolało jak cholera. Gdy chciałam przejść z pokoju do pokoju, lub pójść do toalety, musiałam prosić o pomoc Bolka, co mnie wkurzało na maksa.

Spirala spierdolenia

Następnego dnia było lepiej. Byłam w stanie poruszać się po mieszkaniu i pójść sama do toalety. Jednak oszczędzałam się, nie chcąc nadwyrężać nogi. Mimo pięknej, jesiennej pogody niedzielę przesiedzieliśmy w domu. Było to tym bardziej wskazane, że zaczynałam odczuwać również napięcie w lewej nodze, ponieważ chcąc oszczędzać prawą, zaczęłam ją obciążać. W ten sposób zaczyna się „SS”, czyli spirala spierdolenia.

Kolejnego dnia rano, czekałam na wizytę rehabilitanta, jak na zbawienie. Łydka nadal była mocno napięta, co utrudniało normalne funkcjonowanie. Poza tym noga, ani sama łydka, ani stopa, nie były spuchnięte, zaczerwienione, ani nie działo się nic, co można było zaobserwować, a co mogłoby wzbudzić niepokój. Przez całą godzinę rehabilitant „znęcał” się nad nogami. Orzekł, że skurcz poszedł głęboko w tkankę mięśnia i domowe sposoby na nic, by się zdały. Na prawą łydkę nakleił tzw. taipy, czyli taśmy kinezjologiczne. Po rehabilitacji czułam zmęczenie w obu nogach, jakbym maraton przebiegła, a w pozycji siedzącej czułam, że napięcie w łydce się zmniejszyło. Jednak, gdy wstaję i chcę zrobić kilka kroków, to nadal boli.

Bez zmian

Czwarty dzień był trudny. Bolek przed piątą rano wyszedł do pracy. Zostawił mi śniadanie. Poprosiłam go, by nalał wody do czajnika, by zredukować do minimum kroki robione przeze mnie. Mimo to i tak było ciężko. Nadal odczuwałam ból, gdy stawałam całą stopą. Miałam wrażenie, że ból stał się silniejszy i doskwierał mi nawet, gdy siedziałam, choć w mniejszym stopniu. Na domiar złego zwiększyło się napięcie w lewej nodze, którą nadmiernie obciążam. Jednym słowem nie było dobrze.

Kolejny poranek nie przyniósł żadnych zmian – mogłam się pocieszać, że nie było gorzej. Śniadanie zjadłam razem z Bolkiem, więc nie nadwerężałam nogi. Tego dnia miałam drugie spotkanie z rehabilitantem. Wcześniej zadzwoniłam do niego, by powiedzieć, że nie jest dobrze, więc miał chwilę, by przemyśleć strategię. Dobrego rehabilitanta poznaje się po tym, że do każdego pacjenta podchodzi indywidualnie. Najgorsze co może być to, gdy fizjoterapeuta traktuje rehabilitowanego sztampowo,bojąc się, lub nie umiejąc wyjść poza podręcznikowo schemat. Od kilku lat mam szczęście pracować z pierwszym typem rehabilitanta.

Wracając do fizjoterapii. Pierwsze co zrobił, to zerwał tajpy. Tym razem nie zadziałały, mimo że już wielokrotnie różne partie mojego ciała były oklejane. Przez równą godzinę „znęcał” się nad moimi nogami. Lewa, ze względu na nadmierne obciążenie, też wymagała interwencji. Póki co taśmy kinezjologiczne poszły w odstawkę. Po wizycie potrzebuję chwili, by moje ciało na nowo się „poukładało”. Podobnie było i tym razem. Gdy minęło już trochę czasu, odczułam poprawę: łydka już nie jest tak napięta, choć, gdy stałam i zrobiłam kilka kroków, to odczuwałam ból.

Wściekłość i łzy

Czwartek był okropnym dniem, który najchętniej wymazałabym z pamięci. Była niemoc, złość, ból i łzy. Siedziałam praktycznie tylko w pokoju, przy biurku, bo przez cały czas pracowałam. Dzięki czemu miałam zajęcie, nie myślałam – zbyt dużo. Picie, jedzenie, przygotowane przez niezawodnego Bolka, miałam na wyciągnięcie ręki, więc było „jakby luksusowo”. Jednak chyba ten fakt, że nie mogłam, jak zawsze, przejść do kuchni, by zrobić sobie herbatę i coś zjeść, wkurzało mnie najbardziej i w konsekwencji, wieczorem doprowadziło mnie do łez. Płaczę bardzo rzadko i zazwyczaj powodem łez jest niemoc, bezsilność, które rodzą frustrację i złość. Tak też było tym razem. Byłam wkurzona na maksa, więc emocje musiały znaleźć ujście. Mimo to, przed tym zanim emocje wzięły górę zdołałam wytrzeć kurze w jednym z pokoi. W dużej mierze dało się to zrobić na siedząco. Bezczynność i poczucie bezużyteczności potrafi dobić, jak mało co.

Wreszcie poprawa

Kolejnego dnia było ciut lepiej. Ruszałam się nieco żwawiej. Nawet ogarnęłam kuchnię, zrobiłam sobie herbatę, starłam kurze w drugim pokoju. Nadal czułam ból w łydce, ale nie był już tak dojmujący. A może już się przyzwyczaiłam? W każdym razie nie mogę zbytnio szarżować, bo zauważyłam, że łydka i stopa jest spuchnięta, czego raczej wcześniej nie było. Poza tym lewa noga jest bardziej obciążona i też już zaczyna dawać o sobie znać. Niestety, przez weekend siedzieliśmy w domu, a w poniedziałek skontaktowałam się z lekarzem rodzinnym.

Ponieważ nie było mowy, abym doczłapała do przychodni, poprosiłam o wizytę domową. Na szczęście lekarz pierwszego kontaktu nie robi problemu i zawsze przychodzi, gdy o to poproszę. Okazało się, że mam… krwiaka w łydce. Najprawdopodobniej paskudztwo wytworzyło się z powodu przeciążenia. Dostałam lek przeciwzapalny i przeciwbólowy oraz zakaz wychodzenia z domu przez dwa tygodnie. Jednym słowem miałam odsiadkę. Na szczęście, mimo że łydka i stopa nadal były spuchnięte, już tak bardzo nie bolało i mogłam w miarę swobodnie poruszać się po mieszkaniu, odzyskując przynajmniej częściowo samodzielność, która jak wiecie jest dla mnie bardzo ważna.

Ponad dwa tygodnie od pechowego spaceru, który nie doszedł do skutku, mogę napisać, że noga, a konkretnie łydka już nie boli, a ja wróciłam do świata żywych. Kontuzja może przydarzyć się każdemu, ale mając mózgowe porażenie mózgowe wszelkie tego rodzaju sytuacje, mogą prowadzić do kolejnych komplikacji.

Jestem ciekawa – czy mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie poradziliście?

Dajcie znać w komentarzach, czy też zdarzyło Wam się, że zwykły dzień potoczył się zupełnie inaczej, niż planowaliście.

Jak Wy byście sobie poradzili na moim miejscu?

0 0 głosy
Article Rating

Monika

krótko i szczerze o wszystkim
Subskrybuj
Powiadom o
guest

1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] ukrywać, że zawsze mi się chce. Nie zawsze też czuję się na tyle dobrze, by pedałować. Krwiak na łydce pozbawił mnie treningów na dwa tygodnie i nie będę ukrywać, że brakowało mi ich. […]