Czytelnicy mojego bloga już wiedzą, że od kilku lat moją pasją jest jazda na rowerze. Mam trójkołowca marki Vermeiren Lagoon w kolorze wiśniowym, na którym jeżdżę kiedy tylko mogę. Niestety mój sezon rowerowy jest dość krótki. Trwa od pierwszych cieplejszych wiosennych dni, do ostatnich wczesnojesiennych chwil. Wiem, że są ekstremiści, którzy jeżdżą na rowerach niemal przez okrągły rok i nie mam na myśli tylko pełnosprawnych zafiksownaych na punkcie rowerów. Jedna z moich znajomych z mpd, traktuje swojego trójkołowca tak, jak większość Polaków traktuje samochody, czyli jako środek transportu. Porusza się nim po mieście, jeździ na zakupy, nie zważając na temperatury panujące na zewnątrz. Niestety, nie jestem taką ekstremistką. Moje ciało źle reaguje na zimno. W niskich temperaturach nasila się spastyka, czyli niekontrolowane napięcie mięśni, które uniemożliwia mi jazdę.
Rower stacjonarny dla mpdowca
Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wymyśliła. Czułam i nadal czuję, że potrzebuję być aktywna również w okresie jesienno-zimowym, kiedy wcześnie zapada zmrok i jest zimno. Po konsultacji z moim rehabilitantem, podjęłam decyzję o kupnie roweru stacjonarnego.
Wjeżdża rower… stacjonarny
I tu wjeżdża cały na biało rower stacjonarny. Okej, nie wjeżdża tylko został wniesiony przez dwóch przemiłych panów. I nie na biało tylko na czarno. Panowie go złożyli, zmontowali i skonfigurowali. To ostatnie jest o tyle ważne, że jak niemal wszystko teraz, również i ten rower posiada elementy elektroniczne. W praktyce polega to na tym, że można ustawiać za pomocą jednego kliknięcia różne trasy (górki, dolinki) oraz opór pedałów. Nie jestem aż taką sportsmenką, by wybierać nie wiadomo jakie trasy. Dla mnie istnieją dwa biegi: pierwszy, czyli najlżejszy, oraz drugi, wymuszający nieco większą siłę podczas pedałowania.
Można wrzucić piąty bieg – nie trzęsie
Rower ma siodełko, na którym dość wygodnie się siedzi i co najważniejsze, nie trzęsie, jak na zwykłym bicyklu. Kierownicę mam ustawioną w ten sposób, że na siodełku siedzę wyprostowana, co jest istotną sprawą. Z wejściem na siodełko nie mam żadnych problemów. Warunkiem jest, by tak jak na Vermeirenie lewy pedał znajdował się na dole.
W kapciach nie pedałuję
Poza butami sportowymi (w kapciach niewygodnie się kręci), niepotrzebne jest inne oprzyrządowanie, czy ubiór. Na wyposażeniu były paski przyczepione do pedałów, ale nigdy nie były mi potrzebne, więc zostały wyrzucone. Swoje treningi zaczynałam od 10 minut. Teraz staram się pedałować 20 minut, mam nadzieje, że niebawem zwiększę czas o kolejne 5 minut.
Kręcę, ale bez przesady
Pewnie jesteś ciekaw, czy wsiadam na rower każdego dnia. Nie. Nie będę ukrywać, że zawsze mi się chce. Nie zawsze też czuję się na tyle dobrze, by pedałować. Krwiak na łydce pozbawił mnie treningów na dwa tygodnie i nie będę ukrywać, że brakowało mi ich. Czasem muszę sama wziąć za fraki i posadzić na siodełku. Ale jak już zrobię pierwsze obroty pedałami, to jest już z górki. Rower stacjonarny mam od wiosny i widzę pozytywne rezultaty aktywności na nim. Na pewno znakomicie wpływa na siłę mięśni nóg. Ostatnio stojąc czekałam na taksówkę ponad 10 minut i swobodnie prowadząc konwersację. Rok temu już po 3 minutach marzyłabym o tym, by usiąść, a spastyka miałaby więcej do powiedzenia niż teraz. Zauważyłam też, że mam lepszą koordynację ruchową. No i nie można zapominać o roześmianych endorfinkach, które buszują po moim organizmie po każdym rowerowym treningu. A takie pozytywne doznania są mi bardzo potrzebne o tej porze roku. Poza tym wyobrażam sobie, że jeżeli będę „jeździć” w domu nawet 2-3 razy w tygodniu, czasem nawet 4, to wiosną przesiadka na mojego trójkołowca, to będzie bułka z masłem.
Jestem ciekawa, jakie Ty masz patenty na jesienno-zimowy bezruch?
Czy jesteś aktywny, czy raczej hibernujesz?