Wysiadając na przystanku autobusowym na moim osiedlu, zobaczyłam zapłakaną mamę. Wiedziałam, że tak będzie – pomyślałam. Nie moja wina, że autobus, którym miałam przyjechać wypadł z rozkładu i chcąc, nie chcąc musiałam czekać na kolejny. Miałam 19 lat i to był pierwszy raz, kiedy samodzielnie wróciłam z uczelni do domu. Po raz pierwszy sama jechałam autobusem i to nie niskopodłogowym, tylko przegubowym Ikarusem. Kto jeszcze takie pamięta?
Autobusem do Italii
Niespełna półtora roku później jechałam już innym autobusem i zupełnie inną trasą. Znacznie dalej. Po raz pierwszy przekraczałam granicę Polski i innych krajów też. Nie było jeszcze komórek, internetu, a o walucie euro dopiero się dyskutowało. A ja jechałam wraz moimi kolegami i koleżankami z roku do Włoch. Jeden z wykładowców dorabiał sobie jako przewodnik w biurze podróży i zabrał gromadkę chętnych studentów na objazdówkę po Italii.
– Tak, może pani jechać, ale proszę sobie wózek wykombinować. Będzie sporo chodzenia.
Takie mniej więcej słowa usłyszałam, gdy pełna obaw poszłam zapytać, czy mogłabym pojechać. No i „wykombinowałam” wózek. To jeszcze nie były czasy z wypożyczalniami sprzętu rehabilitacyjnego, ale dzięki sieci znajomych rodziców udało się pożyczyć wózek i pojechałam. Koledzy na zmianę pchali wózek wraz ze mną przez największe miasta Italii. To była niesamowita przygoda. Niezapomniana podróż, która pokazała mi, że mogę, potrafię i przy niewielkiej pomocy daję radę.
Wszystko siedzi w głowie
Te dwa wydarzenia: pierwszy, samodzielny powrót do domu i wyjazd do Włoch, pokazały mi, a właściwie udowodniły, że jak się to można. Gdy się ma 20 lat to wydaje się, że świat czeka na nas, wystarczy tylko się odważyć i zrobić ten pierwszy krok. Ja go zrobiłam i wcale się nie bałam. Za to bała się Mama. Miała tysiąc lęków wątpliwości, powtarzanych przez dobrych kilka tygodni od tego pierwszego i przełomowego powrotu do domu. Wecie, co jej odpowiadałam? No, przecież nie będę prowadzić tego autobusu.
Po jakimś czasie mama się oswoiła z moją niezależnością i samodzielnością.
Już nie czekała na mnie o określonej godzinie. Wiadomo studia, to nie szkoła, gdzie koniec lekcji wyznacza dzwonek. Na uniwersytecie czas biegnie inaczej. Czasem z zajęć się wraca wcześniej, ale najczęściej później, bo: czytelnia, biblioteka, sklepy, księgarnie, knajpy. Bywało, że wracałam następnego dnia popołudniu, ale o tym uprzedzałam rodziców, bo samodzielność oznacza też odpowiedzialność.
Wsiąść do pociągu nie byle jakiego
Dzięki temu, że się odważyłam, a rodzice nie stanęli mi na drodze, mam mnóstwo fajnych wspomnień. Na przykład z Zakopanego, kiedy to wraz z koleżanką, poruszającą się na wózku, wybrałyśmy się do Popradu. Pomyliłyśmy autobus i wylądowałyśmy w Smokowcu, zamiast w Popradzie. Nie zrażone, szybko wykombinowałyśmy, że do Popradu można dostać się pociągiem. Kupiłyśmy bilety, a życzliwi polscy turyści wnieśli koleżankę do pociągu.
Z kolei będąc w sanatorium Ustroniu, oczywiście pojechałam do polskiego Cieszyna. Mając paszport w torbie przelazłam na stronę sąsiadów. Jednak z powrotem nie było tak prosto. Jak to blondynka wróciłam po własnych śladach, do tego samego punktu kontrolnego. Jednak okazało się, że tylko można było wejść do Czech, ale nie z nich wyjść.
Na szczęście strażnicy, widząc kulawą blondynkę, która przemycała tylko studencką czekoladę, pozwolili wrócić na ojczyzny łono.
Najważniejszy pierwszy krok
Dlaczego o tym piszę?
Chcę pokazać, że
nie wiesz dokąd zajdziesz, dokąd prowadzi droga, dopóki nie zrobisz pierwszego kroku.
Gdybym nie wsiadła do miejskiego autobusu, być może nie skończyłabym studiów, bo rodzice nie daliby rady mnie odwozić i przywozić z uczelni. Gdybym nie zapytała wykładowcy, czy mogę jechać do Italii, nie zobaczyłabym tych wszystkich wspaniałości i nie złapałabym bakcyla podróżowania. Przez tych trzydzieści lat, które minęły od momentu, kiedy zapłakana mama czekała na mnie na przystanku, trochę się poszwendałam po Polsce i po świecie. Byłam w kolebce cywilizacji. Byłam tam, gdzie teraz się nie jeździ, bo historia znów wyszczerza wojenne kły. Byłam z Ukochanym na Bałkanach i kilka razy w cudownie bezpiecznej i kojącej Grecji. Z kolei sama jechałam na sylwestra PKS-em z Katowic do Ciechocinka i modliłam się, by autobus nie utknął po drodze w śnieżnych zaspach. Z grupą osób z niepełnosprawnościami z mojego rodzinnego miasta pojechałam najpierw do Sandomierza, a kolejnej wiosny do czeskiej Pragi.
Dopóki będą ciekawa świata, nowych miejsc, będzie to oznaczać, że żyję. Na ten rok już mam, a właściwie mamy, bo teraz podróżuję z Ukochanym, zaplanowany wylot w cudowne miejsce, gdzie jeszcze nie byliśmy. Na początku stycznia byliśmy nad polskim morzem. A gdzie nas jeszcze zaniesie? Kto to wie… Pierwszy krok już dawno przecież za mną.
Czy łatwo jest zrobić pierwszy krok?
Jaki moment był najbardziej przełomowy w Twoim życiu?
Czy podróżujesz samodzielnie, czy z asystą?
Dokąd się wybieracie? Ja w tym roku prawdopodobnie wakacje spędzę w Grecji.
O! Super. A gdzie dokładnie? My ostatnie wakacje spędziliśmy na wyspie Kos, a poprzednie na Krecie :-).
A to dokąd wybieramy się w tym roku, niech na razie zostanie naszą słodką tajemnicą ;-).
Nie mam jeszcze do końca sprecyzowanych planów, w grę wchodzi półwysep Chalkidiki albo wyspa Thassos.
[…] Powiedziałam jej na spokojnie w czym rzecz, opowiedziałam o swoich wcześniejszych i planowanych samodzielnych wyprawach, których nikt nigdy mi nie zabraniał, a tutaj w takim miejscu jakaś baba powiedziała nie, bo […]