You are currently viewing Tydzień w Tossa de Mar

Tydzień w Tossa de Mar

Czy urlop w Tossa de Mar, nadmorskim miasteczku w Katalonii, mógł się nie udać?

Wyruszając w podróż trzeba wziąć pod uwagę, że coś się może wydarzyć, niekoniecznie z naszej, podróżników, winy. Jednak tym razem wszystko było wręcz idealnie, pomijając przygodę z taksówką w dniu wyjazdu.

Hotel GHT Costa Brava & SPA

Sam hotel, oficjalnie ma trzy gwiazdki, ale według mnie zasługuje na jedną więcej. W recepcji przywitała nas pani… mówiąca po polsku i w naszym ojczystym języku przebiegła cała rozmowa. Przy zakupie wyjazdu w biurze podróży Rainbow, poprosiliśmy o pokój dostosowany do osoby z niepełnosprawnością i taki też dostaliśmy. Chodziło mi o dostosowaną łazienkę i taka też była. Nie będę jej opisywała – wkleję zdjęcia. Jedynym minusem było to, że po zamoczeniu podłoga pod prysznicem stawała się śliska. Pokój był codziennie sprzątany i wymieniane były ręczniki.

Jadalnia, gdzie jedliśmy śniadania i kolacje była przestronna, więc myślę, że osoba na wózku spokojnie mogłaby się po niej poruszać. Co prawda schodziłam do niej po schodach, ale z boku była winda. W całym budynku były dwie windy. Na terenie hotelu był basen. Dotrzeć do niego można było windą. W strefie basenowej była toaleta dostosowana do osób z niepełnosprawnościami.

Tossa de Mar

Tossa de Mar znajduje się na hiszpańskim wybrzeżu Costa Brava, którego najbardziej charakterystycznym miejscem jest Vila Vella – średniowieczna starówka otoczona murami, z wąskimi uliczkami i widokiem na morze. Drugiego dnia po przyjeździe ruszyliśmy właśnie na mury owej fortecy. Początkowo szło się całkiem nieźle i widoki były rewelacyjne. Jednak potem zaczęły się schody, a raczej nierówna, kamienista nawierzchnia. Ponieważ po pierwsze: jestem upartą bestią, a po drugie zrobienie w tył zwrot nie miało sensu, to według szacunków Bolka, weszłam do 2/3 wysokości i zaczęliśmy schodzić w kierunku starówki, co też nie było proste. Wreszcie znaleźliśmy się na uliczce starego miasta i w końcu było prosto.

Kilka dni później wjechaliśmy na sam szczyt kolejką, jaką często można spotkać w zoo, czy innych miejscach: kilka wagoników, ciągniętych przez „lokomotywę”. Kolejki mają dwa kolory i dwie trasy: jedna wjeżdża i zjeżdża na fortyfikacje, druga robi objazd po współczesnym mieście. Niestety wagoniki są bardzo wąskie, więc nie ma możliwości zabrania wózkowicza. Ja się wdrapałam, ale jednego razu przy wysiadaniu boleśnie uderzyłam się w udo – był niezły siniaczek.

Jeśli ktoś lubi wąskie, kręte uliczki i starą zabudowę, to na pewno spodoba mu się stare miasto. Nie jest ono duże i zbyt rozległe, przez to na głównych arteriach jest sporo ludzi. Jednak wystarczy skręcić w bok i tłum nieco topnieje. Nie muszę chyba pisać, że pełno tam knajpek, tawern, sklepików z pamiątkami.

Plaża

Na plaży byliśmy tylko raz. Jest ona piaszczysta, ale piasek jest dość gruby i przypomina drobny żwirek. Najlepiej na plażę wybrać się z własnym kocem, czy leżakami, gdyż wynajęcie dwóch leżaków z parasolem kosztuje 15 euro. Na plaży jest toaleta i przebieralnia dla osób z niepełnosprawnościami. Ratownicy też są gotowi pomóc w wejściu do morza przy pomocy specjalnego wózka – amfibii. Jednak ja jako zosia samosia, postanowiłam sama wejść do morza, wszak na różnych już plażach zanurzałam ciało w wodzie i nie było problemu. Tutaj problemem okazało się wyjście z wody, gdyż morze podmywa ten piaskowy żwirek, tworząc dość wysoki stopień. Stopy mi się zapadały i osuwały się do wody. Bolek sam nie dał rady mnie wyholować na bardziej stabilny grunt. Na szczęście podbiegł uczynny Hiszpan i we dwóch mnie wyciągnęli na bardziej stabilny grunt.

Rejs

Tak się składa, że za każdym razem, gdy wypoczywamy zza granicą, płyniemy w rejs. Tym razem nie planowaliśmy wypływać w morze, lecz chcieliśmy zwiedzić Rupit i Besalú, dwa miasteczka katalońskie, które podobno zachowały swój średniowieczny charakter. Napisałam „podobno”, ponieważ nie udało się tam pojechać, gdyż według słów rezydentki nie było już miejsc. Mówi się trudno: mamy powód, by wrócić na Costa Brava. Zamiast oglądać zabytkową architekturę miasteczek, oglądaliśmy wybrzeże z perspektywy morza. Rejs trwał godzinę i był naprawdę relaksujący. Fragment pokładu był szklany, więc można było śledzić podwodne życie toczące się w Morzu Śródziemnym.

Łódź nie była duża, ale trzeba było przejść po wąskim trapie, a potem po schodkach w dół na pokład, więc nie jest to atrakcja dla wózkowiczów.

Wieczorne chillowanie

Nie samym zwiedzaniem i plażowaniem człowiek odpoczywa. Tossa de Mar jest miasteczkiem, które, w przeciwieństwie do greckich miejsc, które odwiedziliśmy, aż zaprasza, by skosztować jego wieczornej atmosfery. Trudno było nie skorzystać. Prawie każdego wieczoru, po kolacji, którą zjadaliśmy w hotelu, szliśmy do pobliskiego baru. Ja zamawiałam sangrię, Bolek piwo i chłonęliśmy tę niesamowitą atmosferę nadmorskiego miasteczka. Stoliki były ustawione na zewnątrz, noc ciepła, pani barmanka uśmiechnięta i pozytywnie zakręcona. Ulicą spacerowali i seniorzy, niektórzy z balkonikami, lub na skuterkach, młodzi i maluchy z rodzicami. Czas jakby zwalniał…

☀️ A Ty, gdzie spędziłeś urlop, którego wspomnienie wywołuje rozmarzony uśmiech?

0 0 głosy
Article Rating

Monika

krótko i szczerze o wszystkim
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów